Czas na komiks

Olaf Ciszak, Jacek Frąś, Krzysztof Gawronkiewicz, Adrian Madej, Krzysztof Ostrowski, Jakub Rebelka, Maciej Sieńczyk, Aleksandra Spanowicz, Benedykt Szneider, Przemysław „Trust” Truściński.

  1. BWA Jelenia Góra, sierpień 2010 r.
  2. BWA Zielona Góra, grudzień 2010 r.
  3. Studio BWA Wrocław, styczeń – luty 2011 r.
  4. Galeria Instytutu Polskiego w Bratysławie, luty – marzec 2011 r.
  5. Galeria Bielska BWA, kwiecień 2011 r.
  6. Wałbrzyska Galeria Sztuki Biuro Wystaw Artystycznych „Zamek Książ”, kwiecień – czerwiec 2011 r.
  7. Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier, CMW Łódź, wrzesień – październik 2011 r.
  8. MBWA Leszno, marzec – kwiecień 2012 r.
  9. Galeria Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu, lipiec – sierpień 2012 r.

Fotografie ze wszystkich tych imprez

Kurator wystawy: Piotr Machłajewski.

Rys historyczny.

W PRL’u komiks rozwijał się poza oficjalnym nurtem komunistycznej propagandy. Drukowano komiksy opiewające komunistycznych partyzantów, bojowników ruchu robotniczego, popularne serie z przygodami kapitanów Żbika i Klossa (wydawnictwo Sport i Turystyka, przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych). Podejmowano próby drukowania magazynów komiksowych „Nowy Świat Przygód” (lata 1946 – 48, kontynuacja przedwojennego „Świata Przygód”) oraz „Przygoda”, które jednak szybko zamykano ze względów ideologicznych. W 1957 roku na łamach „Świata Młodych” pojawiła się seria autorstwa Henryka Jerzego Chmielewskiego pod tytułem Tytus, Romek i A’tomek (najdłuższa polska seria komiksowa, od 1966 roku wydawana w formie książeczek), w roku 1958 Wieczór Wybrzeża rozpoczął druk serii Niezwykłe przygody Kajtka-Majtka Janusza Christy (seria po jakimś czasie przekształciła się w Przygody Kajtka i Koka i drukowana była do roku 1972, kiedy to została zastąpiona przez serię Kajko i Kokosz, komiksy na łamach popołudniówki wydawane były w formie popularnych „pasków”, po latach wydano je w formie albumów).

W roku 1976 na rynku pojawiły się dwa magazyny komiksowe: „Relax” oraz „Alfa”. W „Relaxie” publikowali m.in. rysownicy znani z zeszytów o przygodach kapitana Żbika Jerzy Wróblewski, Bogusław Polch oraz Grzegorz Rosiński (który drukowaną tam serią Thorgal rozpoczynał swoją wielką europejską karierę), a także Tadeusz Baranowski oraz Janusz Christa (prezentujący, obok komiksów dla młodszego czytelnika, historie z pieprzykiem – Bajki dla dorosłych). W „Relaxie” drukowano komiksy historyczne, science fiction, przygodowe oraz komiksy dla dzieci. Magazyn wydawano w latach 1976 – 81, ukazało się 31 numerów. Nieco inną tematykę podejmowano w „Alfie”, był to magazyn łączący tematykę komiksową, science fiction i popularnonaukową, w latach 1976 – 85 ukazało się 7 numerów a najważniejszym z rysowników publikujących na jego łamach był Grzegorz Rosiński. Komiks obecny był na łamach tygodnika satyrycznego „Szpilki”, gdzie publikowali m.in. Andrzej Mleczko i Edward Lutczyn (w „Szpilkach” drukowano również komiksy wybitnych rysowników amerykańskich, m.in. Richarda Corbena i Roberta Crumba). W latach siedemdziesiątych komiksy publikowali Szymon Kobyliński (Przygody Pancernych i Psa Szarika, lata 1970-71), Jerzy Skarżyński (Janosik– 1974 r., ilustracje w formie komiksu do książki Julio Cortazara Fantomas przeciw wielonarodowym wampirom – 1979 r.), a także Bohdan Butenko (seria dla dzieci Kwapiszon, 1976-81 r.). Lata osiemdziesiąte w Polsce to czas działania dużych wydawnictw państwowych (Nasza Księgarnia, Sport i Turystyka, Krajowa Agencja Wydawnicza, Horyzonty), które drukowały komiksy rodzimych autorów (albo autorów z „krajów zaprzyjaźnionych”, na przykład z Węgier) w ogromnych nakładach sięgających kilkuset tysięcy egzemplarzy. Były to komiksy tworzone przez doświadczonych i bardzo sprawnych warsztatowo plastyków (oprócz autorów wspomnianych przy okazji „Relaxu” byli to m.in. Marek Szyszko i Zbigniew Kasprzak).

W roku 1987 na rynku pojawił się pierwszy rodzimy magazyn komiksowy dla dorosłych „Komiks – Fantastyka”, w dwóch pierwszych numerach opublikowano dwa tomy z serii Funky Koval tercetu Maciej Parowski, Jacek Rodek, Bogusław Polch, w kolejnych numerach drukowano tworzoną na Zachodzie serię Yans Grzegorza Rosińskiego oraz André-Paula Duchâteau. Magazyn wzbogacony był o solidną dawkę publicystyki a wydawano go do roku 1995 (w ostatnich sześciu numerach drukowano serię Wiedźmin Bogusława Polcha do scenariusza Macieja Parowskiego na podstawie prozy Andrzeja Sapkowskiego). Podczas transformacji ustrojowej komiks polski wyparty został przez przedruki z wydawnictw amerykańskich oraz frankofońskich, którymi zalany został rynek („wszystko co kolorowe i z Zachodu sprzedawało się w setkach tysięcy egzemplarzy”). Do połowy lat dziewięćdziesiątych upadły niemal wszystkie wydawnictwa publikujące prace rodzimych autorów. Komiks polski zszedł do podziemia, gdzie rozwijał się przedziwnej niszy. Artyści pozbawieni miejsc publikacji (szczególnie kolorowych, wyszukanych plastycznie komiksów) prezentowali swoje prace czytelnikom na wystawach albo powielali je w wydawanych własnym sumptem niedoskonałych technicznie fanzinach (pamiętajmy, że był to okres przed upowszechnieniem Internetu). Komiks w latach dziewięćdziesiątych rozwijał się więc na akademiach sztuk pięknych i w liceach plastycznych, wśród młodych artystów, którzy nieskrępowani wymogami rynku (koniecznością dostosowania swoich aspiracji do rygorów wydawnictw komercyjnych) tworzyli niezwykle wysublimowane plastycznie (i szerzej – artystycznie) komiksy.

W obliczu braku możliwości powielania swoich dzieł młodzi rysownicy podejmowali próby zrzeszania się, wzajemnego poznawania swojej twórczości, próby utworzenia środowiska twórców i czytelników komiksów. W lutym 1991 roku w Kielcach odbył się pierwszy Ogólnopolski Konwent Komiksu, nieduża impreza zorganizowana przez dwóch zapaleńców Jerzego Ozgę oraz Roberta Łysaka (rysownika oraz scenarzystę/wydawcę/działacza), którzy podczas nadzwyczaj mroźnej zimy zaprosili do kieleckiego pałacu Branickich grupę komiksiarzy z całej Polski. Na imprezie pojawiło się około trzydziestu osób, byli wśród nich rysownicy (m.in. Przemysław Truściński, Krzysztof Gawronkiewicz), krytycy (Maciej Parowski) oraz przyszli animatorzy ruchu (grupa łódzka z Adamem Radoniem na czele). We wrześniu tego samego roku odbyła się druga edycja OKTK, tym razem w Łódzkim Domu Kultury, organizację imprezy przejęło stowarzyszenie (jeszcze wtedy nieformalne) Contur zrzeszające łódzkich twórców komiksu. Na drugim OKTK odbyła się pierwsza edycja konkursu na komiks, konkursu który przez lata wyznaczał główne trendy w komiksie polskim (Grand Prix przez lata zdobywali wybitni młodzi rysownicy). Łódzki konwent posiadał rozbudowany program tematyczny, w ŁDK’u prezentowano wystawy (wystawie konkursowej towarzyszył obszerny katalog), odbywały się tam prelekcje dotyczące komiksu, spotkania z autorami, dyskusje oraz giełda. Przez lata impreza ewoluowała, w roku 1999 przemianowano ją na Ogólnopolski Festiwal Komiksu, w roku 2000 Międzynarodowy Festiwal Komiksu, od roku 2009 funkcjonuje jako Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier. Aktualnie składają się na nią wydarzenia rozsiane po całym mieście, organizatorzy przygotowują szereg spotkań, wystaw, warsztatów, a nawet koncertów. Zespół organizacyjny przygotowuje liczne wydawnictwa dotyczące gatunku. W trakcie tej trzydniowej imprezy odbywa się sympozjum komiksologiczne organizowane przez Krzysztofa Skrzypczyka (które również podsumowane jest publikacją zbierającą wygłoszone referaty).

W latach dziewięćdziesiątych w Polsce komiks rodzimy rozwijał się w drugim obiegu, wydawano niskonakładowe magazyny („Fan”, „Super Boom!”, „Czas Komiksu”, „Komiks Forum”) oraz fanziny („KKK”, „Mięso”), z których niektóre przekształcały się w magazyny („AQQ”, „Ziniol”). Jakość druku tych pism pozostawiała wiele do życzenia, paradoksalnie reprodukowane były w nich materiały odznaczające się plastyczną wirtuozerią i warsztatowym dopracowaniem. Wśród rysowników tworzących w tamtym okresie czasu techniką dominującą był rysunek czarnym tuszem (używano piórka, pędzli, rapitografu) oraz czarnymi markerami, przygotowane w ten sposób prace kolorowane były za pomocą farb wodnych (często na kopii, dla zachowania czarno-białego „oryginału”). Stosowano również techniki z zakresu grafiki warsztatowej oraz techniki malarskie, popularny był kolaż (od wycinanych fotografii, poprzez przeróżne inne obrazy, znaki, wydruki na papierze, aż do elementów zewnętrznych wobec płaszczyzny planszy – fragmentów ubrań, gwoździ itp). Ciekawe eksperymenty formalne można zaobserwować zwłaszcza w twórczości Przemysława Truścińskiego, w swoim Piekle z 1993 roku (Grand Prix IV OKTK) artysta połączył konwencje komiksu i fotokomiksu, wykorzystał na planszach podmalowane fotografie, które stanowią zapis jego spaceru po mieście (autor wystąpił w swoim własnym komiksie).

Czas na komiks.

W komiksie „tradycyjnym” prostota (czy wręcz prymitywizm) warstwy wizualnej wiąże się z łatwością odbioru, sprzyja opowiadaniu anegdoty (technika „Ligne claire” – czystej linii). W artystycznym komiksie polskim lat dziewięćdziesiątych (i później, wśród twórców, którzy na tym gruncie wyrośli) odrzucono gatunkowe ograniczenia na rzecz niezwykle interesujących

artystycznie eksperymentów (strumień świadomości, komiksy filozoficzne…). Jak twierdzi Jerzy Szyłak „(…) rozwój komiksu polegał (…) na poszukiwaniu właściwych gatunkowi sposobów artykulacji i tematów, nie zaś na wspieraniu literatury (malarstwa) czy wspieraniu się literaturą (malarstwem). (…) Przeciwnicy komiksu często powtarzają tezę, że komiks lokuje się na pozycjach przez „prawdziwą” sztukę opuszczonych” („Komiks w kulturze ikonicznej XX wieku”, Gdańsk 1999). Dziś trudno wyobrazić sobie obszary przez „prawdziwą sztukę” nie spenetrowane, „sposoby artykulacji” przynależne komiksowi gatunkowo od lat obecne są w malarstwie (Maciejowski i Sasnal na początku swojej drogi twórczej postrzegani byli jako rysownicy komiksów), rzeźbie, instalacji (tegoroczna realizacja Hikikomori Jakuba Woynarowskiego) oraz w innych dziedzinach sztuki. Niemal całe współczesne kino popularne pod względem technik narracyjnych oparte jest na komiksie (w tym przypadku wiąże się to z umasowieniem i komercjalizacją dziedzin aktywności twórczej traktowanych dotąd jako przynależne do obszaru „kultury wysokiej”), komiksy adaptowane są nadzwyczaj często, w kinie amerykańskim pojawiają się wręcz przekłady intersemiotyczne z komiksu na film (w ich przypadku obraz narracyjny traktowany jest jako storyboard). Komiksem wspomaga się literatura, a nawet muzyka (Cool Kids of Death).

Wystawa Czas na komiks umożliwia spojrzenie na komiks przez pryzmat korespondencji sztuk, jego silnego oddziaływania na inne media. Zaproszeni do projektu artyści działają w obszarze reklamy, animacji, muzyki rockowej, malarstwa… Ekspozycja jest ilustracją, przyczynkiem do analizy, procesów zachodzących podczas umasawiania kultury, przenoszenia wzorców i technik gatunkowych z marginesów do głównego nurtu, „kulturowego nadrabiania zaległości”. Wystawa Czas na komiks stanowi przegląd dokonań najwybitniejszych polskich twórców komiksu działających w obszarze „komiksu realistycznego”, zaproszeni artyści tworzą komiksy wysublimowane graficznie

i narracyjnie, przełamują schematy fabularne, przebudowują język komiksu i przemycają do medium przeznaczonego dla masowego odbiorcy „treści artystyczne”.

Piotr Machłajewski

Mój problem z polskimi komiksami.

Do polskich komiksów mam taki sam stosunek jak jeden z bohaterów Rejsu do polskich filmów. Jeżeli dawno temu z zapartym tchem przeglądałem po raz ęty wytłuszczone do granic możliwości pewne komiksy amerykańskie to tylko dlatego, że właśnie one mówiły o moim świecie więcej niż jakakolwiek dostępna za komuny literatura. Chociaż nie wychowałem się na Myszce Micky tylko raczej na Koziołku Matołku to jednak na kolana rzucił mnie amerykański komiks undergroundowy. Wielcy moraliści i cenzorzy amerykańscy tak bardzo przypominali naszych, komunistycznych, że właśnie kontrkultura była tą jedyną kulturą, z którą mogłem się utożsamiać. A w wersji amerykańskiej była doskonała. To właśnie twórcy tych podziemnych komiksów tworzyli okładki kultowych płyt, ilustrowali powieści moich ulubionych autorów a głównie poruszali się w świecie podobnej do mojej wyobraźni. Może właśnie słowo wyobraźnia jest kluczowe jeżeli chodzi o komiks. Jak niewyobrażalna musiała być siła wyobraźni, która zmieniała fajtłapowatego okularnika w Supermana, klasowego niezgułę w człowieka pająka i wielu innych looserów w winerów. Ta siła tandetnych historyjek o innych światach, o superbohaterach, najeźdźcach z kosmosu okazała się tak groźna dla systemu, że w 1954 roku amerykańscy wydawcy komiksu zawarli między sobą pakt, który wprowadził cenzurę na tym rynku. I właśnie, paradoksalnie, dzięki temu paktowi mamy obecnie komiks artystyczny, coś co jest o wiele nieb ciekawsze formalnie i treściowo od tradycyjnej papki dla młodzieży. Właśnie tym undergroundem się zachwycałem, twórcami walczącymi z cenzurą i będącymi praktycznie przeciwko wszystkim. Komiks kojarzył mi się z buntem i niezgodą.

Dlatego trudno mi było traktować poważnie debilnego kapitana milicji obywatelskiej albo jakieś inne równie infantylne historyjki dla młodzieży. W moim świecie komiks nie może być poprawny pedagogicznie, nudny i niezabawny. A polski był. I to do bólu. Nawet ten, który chciał być śmieszny mnie nie śmieszył. Taki był za komuny. Pomyślałem sobie więc, że co w naszym kraju mogło wyrosnąć na tak marnej pożywce. Oczywiście coś wiedziałem o współczesnym polskim komiksie i jeżeli nie zawsze go czytałem to głównie z powodu tego, że regał z komiksami w księgarni był zapchany wszystkim i coraz trudniej było mi wyłuskać z tego zawału badziewia coś sensownego. Zdarzały się prawdziwe perły w tej dziedzinie i to w naszym kraju. Takie perły pojawiały się i za komuny i później. Ale jak wiadomo świat zmierza ku zagładzie i wszystko idzie ku gorszemu. Dlatego wcale się nie zdziwiłem gdy zobaczyłem komiksy, które miały za zadanie budować ducha patriotycznego wśród młodzieży i sławić zjawiska typu Wielkie Polskie Klęski Narodowe. Chore drzewo nie może wydawać dobrych owoców. To był dla mnie, po latach tryumf kapitana Żbika i jego potomstwa. Dlatego wtedy załamałem się całkowicie. Odwróciłem się z obrzydzeniem od lokalnych autorów i nabyłem za niemałe pieniądze właśnie wydaną po polsku antologię Roberta Crumba o Panu Naturalnym. Pomyślałem, że to jest prawdziwy komiks i on pozwoli mi oderwać się od tej beznadziejnej rzeczywistości.

Na początku uświadomiłem sobie, że jest wiele stereotypów dotyczących komiksów, które tradycyjnie wypadałoby w takim tekście obalić. Należy więc napisać, że nie jest prawdą, jakoby komiks nie był sztuką i, że mogą być też komiksy dla dorosłych oraz inne tego typu obiegowe bzdury. Niestety te wszystkie stereotypy zostały już dawno obalone. Nie tylko na świecie ale i w Polsce. Czyli to miałem z głowy. Po uporaniu się ze stereotypami, przystąpiłem do oglądania nadesłanych materiałów. To co rzucało się w oczy przy pierwszym oglądzie to fakt, że wszyscy autorzy są naznaczeni, w mniejszym lub większym stopniu, piętnem akademii. Efekty tego są różne ale na pewno gwarantują, że nie mamy właściwie nigdy do czynienia z nieporadnym rysunkiem albo też innymi brakami formalnymi. Wszyscy przedstawieni autorzy odbyli profesjonalną edukację. To też powoduje, że prace ich w sposób niejako naturalny nie mieszczą się w schemacie tradycyjnie pojmowanego komiksu . Są często bardziej obrazami malarskimi niż planszami do masowej reprodukcji. I tak, Jakub Rebelka jest twórcą obrazów, które choć pozostają komiksami to naprawdę można je docenić dopiero oglądane w oryginale na ścianie galerii. Są komiksami o bardzo pokręconej narracji, które można odczytać na wiele sposobów. Oglądając je nie jest się sprowadzonym do roli czytelnika prostych historyjek ale pełnoprawnego odbiorcy dzieła sztuki. Zachowuje się prawo do interpretacji, oceny, własnego rozumienia. A to bardzo ważne!

Podobnie Olaf Ciszak, który bardziej jest malarzem wypuszczającym się w świat komiksu niż malującym rysownikiem. Niektóre plansze układają się w historie, inne nie ale może nie jest to już tak interesujące jak sam obraz. Na całe szczęście nie jest to kolejna próba lichtensteinowskiego myślenia (co się niestety zdarza), ale coś na wskroś współczesnego. To cieszy, bo widać, że ci autorzy znudzeni akademizmem eksplorują z dużą śmiałością inne obszary. Jednak wolałbym mieć ich prace na ścianie niż pomniejszone jako strony, nawet bardzo dobrze wydanych albumów.

Kolejnym artystą, który podstępnie udaje twórcę komiksów jest Maciej Sieńczyk. Gdy zobaczyłem jego prace od razu przypomniał mi się Dino Buzzati. To skojarzenie było tak silne, że natychmiast wyszukałem dla przypomnienia prace tego Włocha w internecie. No i zgadza się. Nie tylko forma ale też treść. Naprawdę dobrze się bawiłem czytając i oglądając komiksy Sieńczyka. Spójność formy i treści jest w tych pracach wyjątkowa. Ale tak naprawdę to nie jest komiks tylko poezja, która udaje komiks ale nas nie oszuka. Przecież poezja to poezja. Forma komiksu i jej potoczne rozumienie, sprowadza na nas wiele ciekawych nieporozumień. Po prostu, co absurdalne, jest jeszcze wielu ludzi uważających komiks za rzecz z kręgu literatury dziecięcej. I jeżeli obrazki są mroczne, drapieżne to odrzucają je z obrzydzeniem, mówiąc coś w rodzaju – jak można takie rzeczy publikować dla dzieci! Dlatego naprawdę zabawnie się robi w przypadku takich rysowników jak Krzysztof Gawronkiewicz. Otóż jego rysunki, przynajmniej na pierwszy rzut oka ale pewnie i na parę kolejnych, swoją formą nie odbiegają stylistycznie od ilustracji dla dzieci z kręgu literatury dziecięcej. I jeżeli obrazki są mroczne, drapieżne to odrzucają je z obrzydzeniem, mówiąc coś w rodzaju – jak można takie rzeczy publikować dla dzieci! Dlatego naprawdę zabawnie się robi w przypadku takich rysowników jak Krzysztof Gawronkiewicz. Otóż jego rysunki, przynajmniej na pierwszy rzut oka ale pewnie i na parę kolejnych, swoją formą nie odbiegają stylistycznie od ilustracji dla dzieci. Mało tego, treść, na przykład Klątwy wodnika do pewnego momentu mogłaby zwieść nie jednego zabieganego rodzica, który chce w ostatniej chwili kupić z jakiejś zapomnianej okazji dziecku, książeczkę. To się dziecko zdziwi! Ale może i dzieci powinny mieć szansę zapoznania się z czymś lekko przewrotniejszym i z mniejszym smrodkiem dydaktycznym. Ten przewrotny i ironiczny rodzaj poczucia humoru bardzo do mnie trafia.

Przywoływany już zabiegany rodzic będzie miał nieco łatwiej z pracami Aleksandry Spanowicz. Jeżeli rzuci okiem dwa razy to jednak się zorientuje, że te kolorowe bajki są jakieś dziwne i powinno się strzec dzieci przed nimi. Ale może będzie bardzo zabiegany i dzięki temu dorastająca latorośl nie zostanie ustrzeżona przed czymś na naprawdę wysokim poziomie artystycznym. Są to opowieści dla dziewczynek ale nie tych grzecznych tylko dla tych, które chcą się dobrze bawić. Bo jak wiadomo grzeczne dziewczynki idą do nieba a niegrzeczne idą tam gdzie chcą. I właśnie autorka idzie gdzie chce i to bardzo brawurowo.

Jeżeli o poprzedniczce można powiedzieć, że robi komiksy dla ”dziewczynek” i to tych raczej niegrzecznych to Benedykt Szneider robi je na pewno dla chłopców. I to zarówno dla tych mniejszych jak i zupełnie dużych. To ma w sobie coś męskiego i niedostępnego dla kobiet. Jest to świetna ale i bardzo romantyczna grafika . Nie wiem z czym to porównać, może z whisky? Chociaż whisky jest chyba za poważna może coś innego? Sam nie wiem. Mówiąc o komiksie często używamy słowa “grafika”, odnosząc się do jego najszerszego i najpopularniejszego znaczenia. W przypadku tego autora możemy jednak mówić o czymś co by zadowoliło nawet najbardziej purystycznych miłośników grafiki jako dziedziny sztuki wykładanej na akademiach. Najbardziej nabrał mnie Jacek Frąś. To co on robi jest oczywiście komiksem i do tego wydawało mi się, że z rodzaju tych, których nie lubię najbardziej. Gdy zobaczyłem historię o stanie wojennym, znad kartek uniósł się smród dydaktyki tak duży, że aż mnie odrzuciło. Jednak okazało się po dłuższym, chociaż z początku niechętnym czytaniu, że to co się unosiło to była raczej zasłona dymna. Gdy już się rozwiała zobaczyłem bardzo przewrotną, ironiczną i ciekawą próbę nieortodoksyjnego opisania tego dość przykrego momentu w naszej historii. Nawet się śmiałem momentami chociaż ta historia właściwie nie jest śmieszna.

Moją uwagę, podejrzliwego sceptyka, swoim tytułem przykuł komiks Demokracja Adriana Madeja. Zastanawiałem się, cóż można powiedzieć w komiksie odkrywczego o demokracji? Okazuje się, że można wiele i to i gorzki humor tak charakterystyczny dla komiksów s-f. Sposób budowania kadrów bardzo klasyczny, przez co przechodzi się przez opowiadaną historię w sposób właściwie niezauważalny. A wiele o demokracji można się z niego dowiedzieć.

Bardzo dobrym obserwatorem, ale też równie przewrotnym jest Krzysztof Ostrowski. Chyba najbardziej przejmującą jest historia z Izraela. Myślę, że z tych paru plansz dowiedziałem się więcej o Izraelu niż z różnych informacji prasowych, które są zawsze nacechowane ideologicznie i przedstawiają tamtejszą sytuację stronniczo. Pozornie inny jest Przemysław Truściński, bardzo sprawny rysownik, penetrujący różne obszary, zarówno formalne jak i tematyczne. Jednak, przy uważniejszym i to kolejnym oglądaniu, okazuje się, że wszystkie jego prace nacechowane są pewną dowcipną dwuznacznością. Zdawałoby się, że autor najlepiej się odnajduje w horrorze ale jednak ten horror jest dość zabawny, nie przestając być horrorem. Taki poważno-śmieszny. Jak orientalny sos słodko-kwaśny a i jeszcze do tego ostry. Nawet rzeczy zdawałoby się proste, jak wywiad z pewnym posłem, po kolejnym przejrzeniu okazują się niejednoznaczne. Sam już nie wiem co mam myśleć o tym pośle a właściwie o autorach i ich stosunku do niego. To mi się podoba bo skłania do myślenia.

Tak więc obecnie za komiks w Polsce wzięli się ludzie wykształceni na akademiach sztuki i zaowocowało to ustawieniem na starcie bardzo wysoko poprzeczki. Dziwna jest ta droga komiksu w Polsce od całkowitego niebytu od razu na salony artystycznych wyżyn. Komiks nigdy w Polsce nie był tanią literaturą dla półanalfabetów. Nie żywił się tandetą, sensacją, nie ociekał krwią i tak dalej, i tym podobne. Co może wydawać się paradoksalne często właśnie komiks służy u nas do podniesienia rangi czegoś co może samo w sobie nie jest aż tak ważnym faktem intelektualnym. To nie tak zwane brukowce u nas drukują komiksy, ale na przykład gazeta dość popularna i adresowana w dużej swej części do ludzi dobrze wykształconych i o pewnych ambicjach. Pytanie czy komiks jest sztuką jest oczywiście pytaniem co najmniej niedzisiejszym. Można jednak zadać pytanie: do jakiej dziedziny sztuki on należy? Jest on niewątpliwie w swym głównym nurcie dzieckiem grafiki. Dzieckiem kiedyś niechcianym, jakimś takim krzywym i głupawym, które nagle okazuje się ciekawsze od swojej matki. Matki, która w swojej ortodoksji, w obecnych czasach trochę się pogubiła, nie bardzo wiedząc jak się odnieść do różnych nowinek technicznych wycofała się w zakamarki uczelnianych wydziałów grafiki i dość dziwnych środowiskowych konkursów. I nagle okazuje się, że to niechciane i lekceważone dziecko ma szanse na stanie się wybawicielem tej dziedziny sztuki. Właśnie w polskim komiksie, który przez dłuższy czas był nieskrępowany brutalnymi prawami rynku, pojawia się najwięcej interesujących eksperymentów formalnych. On odradza rysunek jako autonomiczną dziedzinę ale też bez ograniczeń czerpie ze wszystkich dokonań tej dziedziny. A co może najważniejsze, chociaż wstyd się do takich kryteriów przyznać, ludzie po prostu chcą go oglądać. Wyboru artystów do wystawy dokonał jej kurator Piotr Machłajewski. Są rzeczy, które ich łączą ale też bardzo dużo dzieli. I to dobrze. Właśnie ta różnorodność jest wartością i stanowi o sile tej wystawy. Każdy z nich na swój sposób przekracza granice komiksu i posuwa się o co najmniej krok dalej.

Paweł Jarodzki

 

Wydawca katalogu: timof i cisi wspólnicy przy współpracy BWA Jelenia Góra, BWA Zielona Góra, BWA Wrocław.

00